'...naprawdę
wierzysz, że to wszystko wydarzyło się przez przypadek? Że
poznałaś go przez przypadek?'. Leżała
na zamarzniętej ziemi i spoglądała w granatową połać, obsypaną
milionami małych punkcików. Próbowała nie myśleć, nie wracać
do tego, zapomnieć, ale słowa Jonathana boleśnie obijały się o
ściany jej umysłu, torturując ją tym samym. 'Pomyśl
Clary, pomyśl, zastanów się...',
zamknęła oczy i poczuła jak łzy wypływają spod zamkniętych
powiek. Potoczyły się po skroniach i wsiąknęły we włosy. Gula w
gardle stała się nieznośnie bolesna, a oddech ciężki jakby ktoś
położył na jej klatce piersiowej spory głaz, który odbierał jej
dech. 'Poznałaś Clave siostro, wiesz, że nie ufają
obcym, że nie robią nic bezinteresownie, więc zastanów się
Clary...', zakryła dłonią
usta nie chcąc wypuścić szlochuna zewnątrz '...pojawił
się tak nagle z tą nieodłączną dwójką oferując pomoc i
schronienie? Naprawdę uważasz, że narażaliby się na to wszystko
dla całkiem obcej dziewczyny z czysto dobrotliwych pobudek?'.
Uderzyła pięścią w zamarzniętą powierzchnię, ale nie poczuła
bólu jaki rozszedł się po jej dłoni. To tak bardzo bolało.
Zaufała, oddała tak naprawdę swoje życie pod ich... pod jego
opiekę, a on... 'Wiesz, że mówię prawdę Clarisso, ten
jeden jedyny raz mówię ci prawdę, ale jeśli mi nie wierzysz – a
masz prawo to robić – to zapytaj jego, niech przysięgnie na
Anioła, że to co mówię to stek kłamstw.' Nie
przysiągł. Nie mógł bo to wszystko co mówił Jonathan to była
prawda, okrutna, ale jednak prawda, która rozerwała jej nastoletnie
serce na miliardy strzępków już nie do poskładania.
Usiadła
i tym razem spojrzenie utkwiła w jeziorze przed sobą. Księżyc
odbijał się od zamarzniętej tafli niczym jak w lustrze. Może
właśnie to było jego lustro, w którym mógł się przeglądać?
Możliwe. Ale Clary patrząc się na nie przypominała sobie, jak
właśnie w takie mroźne zimy jak ta, śmigali z Simonem łyżwami
po zamarzniętym jeziorze, doprowadzając jej matkę niejednokrotnie
o zawał, nawet jeśli wcześniej Luke dokładnie sprawdził
wytrzymałość lodu, to Jocelyn zawsze była o nich niespokojna i
zapewne dorobiła się przez nich kilku siwych włosów.
Simon.
Na
wspomnienie o przyjacielu, poczuła jakby jej poszarpane serce
przecieła niewidzialna strzała. Nie pogodziła się z jego stratą
i nigdy się nie pogodzi. Simon był z nią odkąd tylko sięgała
pamięcią. Zawsze ją wspierał, często był jej głosem rozsądku
i znał ją nawet lepiej niż jej własna matka, a teraz go nie ma.
Nie ma i już nie będzie. Zdawała sobie sprawę, że jutro się
obudzi i będzie chciała do niego zadzwonić, żeby umówić się z
nim do Java Jones lub po prostu, żeby się przejść oświetlonym
Time Square, które zapewne jak co roku wygląda pięknie, ale w
chwili gdy chwyci za słuchawkę telefonu stacjonarnego dotrze do
niej okrutna rzeczywistość i po raz kolejny odwiesi słuchawkę,
płaczą skuli się pod ścianą, i tak spędzi kolejną godzinę. I
tak już od dwóch tygodni. A za to wszystko winiła jego. Jace'a
Herondale'a. To wszystko jego wina. To on odebrał jej wszystko.
Jej
życie.
Jej
serce.c
Jej
całą niewinność.
Jej
miłość.
Jej
wiarę.
Jej
siłę.
Jej
przyjaciela.
Odebrał
jej Simona.
On
i jego świta odebrali jej to co miała najcenniejsze. Teraz
wiedziała, rozumiała dlaczego matka chciała ja trzymać jak
najdalej od tego świata. Od świata, który tylko niszczył i
odbierał to co miało się najcenniejsze. To przez nich Simon jej
nie pamięta. To oni wciągnęli go do tego przeklętego świata.
Wiedzieli i z pełną świadomością wciągnęli go w to wszystko.
Tego im nigdy nie wybaczy. Nie wybaczy im tego, że odebrali jej to
co kochała najmocniej na świecie, że odebrali jej najważniejszą
osobę w całym tym popapranym świecie. Przyjaciela. Brata wręcz.
Nie wybaczy im tego, że oni mają siebie a ona została z niczym.
Została praktycznie sama. Owszem ma mame i Luke'a, ale tej dziury po
stracie Simona nie zasklepi nic ani nikt.
Zawyła
jak zranione zwierzę i zaczęła uderzać zaciśniętą w pięść
dłonią o twarde podłoże, ale nie czuła fizycznego bólu. Ten
psychiczny wygrał i to z ogromną przewagą. Chciałaby przestać
czuć cokolwiek. Choć na moment, na krótką chwilę, ale nie czuć
nic, całkowicie się odłączyć od tego wszystkiego, od tego
przejmującego bólu. Pragnęła nic nie czuć, ale czuła jak mroźne
powietrze atakuje jej gardło niczym maleńkie igiełki, przy każdym
spazmatycznym wdechu, a ryk bólu rani wręcz jej struny głosowe.
Nie
zarejestrowała momentu, w którym Luke po nia wyszedł i kiedy
biorąc ją na ręcę, zaniósł do domu. Ocknęła się dopiero w
chwili gdy kładł ją na kanapie i okrywał puchatym kocem.
*
* *
Jocelyn
zaciskała dłonie na kancie kuchennego blatu, czekając, aż woda
się zagotuje i wsłuchiwała się w dobiegający z salonu płacz
córki. Chyba jeszcze nigdy nie czuła się tak bardzo bezradna, tak
bardzo bezużyteczna wręcz. Doskonale wiedziała, że poza byciem
przy córce nic więcej nie może, że Clary musi przejśc przez ten
ból sama, że musi nauczyć się funkcjonować w tej nowej
rzeczywistości jaka ją dopadła. W rzeczywistości bez Simona. W
rzeczywistości, gdzie musi nauczyć się na nowo funkcjonować w
pojedynkę, przyzwyczaić się do tego, że została sama, że
zabrakło osoby, do której mogła zadzwonić o każdej porze dnia i
nocy i ta osoba zawsze się pojawiła i ja wspierała, że gdy
upadnie to musi wstać sama bo już zabrakło ramion, które by ja
podniosły, otrzepały i pchnęły do przodu, krocząc tuż za nią.
Jocelyn doskonale wiedziała, że nie jest to łatwe, ale nie, nie
dozrobienia. Potrzeba tylko czasu, a czas przyzwyczaja nas do
wszystkiego, nawet do najokropniejszego bólu. O nie ból nie mija
nigdy, ale czas sprawia, że się do niego przyzwyczajamy, godzimy
się z nim i po prostu zaczynamy z nim żyć u swojego boku. I tego
właśnie potrzebowała jej córka. Czasu.
Przy
kolejnym szlochu córki, Jocelyn poczuła jak gniew wypełnia ją
całą. Była wściekła na Clave. Na Lightwood'ów a przede
wszystkim na tego blondyna Herondale'ów. Na niego zwłaszcza była
wściekła bo poza rozpaczą za Simonem, to właśnie on był
największym cierpieniem jej córki, i choćby nie wiadomo jak bardzo
chciała trzymać go zdala od Clary, to doskonale wiedziała, że jej
córka musi to rozwiazać sama. To jej życie a Jocelyn już
wystarczająco jej w nim namieszała, nawet jeśli chciała ja tylko
chronić, ale bardziej już mieszać w jej życiu nie chciała. Clary
jest już na tyle dorosła, że ma prawo podejmować własne decyzje
i popełniać własne błędy, a Jocelyn może tylko stac przy jej
boku i ja wspierać. Cokolwiek jej córka zdecyduje. Aczkolwiek
zabroniła blondynowi tu przychodzić dopóty dopóki Clary sama nie
zechce go widzieć, ale jak się okazało młody Herondale miał
więcej po ojcu niż się spodziewała, i codziennie od dwóch
tygodni zjawiał się pod drzwiami domu Luke'a domagając się
widzenia z Clary doprowadzając tym samym kobietę do frustracji.
Zgasiła
palnik i zalała kubek wrzątkiem, uwalniając tym samym paletę
różnorakich zapachów ziół, które dał jej Magnus a, które
miały pomóc Clary przesypiać choć kilka godzin dziennie.
Przechodziła właśnie przez próg salonu, gdy rozbrzmiał dźwięk
telefonu stacjonarnego. Jocelyn podała kubek narzeczonemu a sama
podeszła do aparatu, aby go odebrać. I nie ważne, że zbliżała
się godzina czwarta nad ranem i była to dziwna pora na rozmowy
telefoniczne.
-Halo?
*
* *
Magnus
Bane starał się być tolerancyjny i wyrozumiały w wielu kwestiach,
ale jeśli chodziło o budzenie go w środku nocy, bez konkretnego
powodu, to jego tolerancja wraz z wyrozumiałością odchodziły w
zapomnienie. Upierdliwy dźwięk dzwonka skutecznie ściągał sen z
powiek czarownika, doprowadzając go jednocześnie do szewskiej
pasji. Miał nadzieję, że ktoś po prostu się pomylił i wcisnął
przez przypadek guzik domofonu przy jego nazwisku, ale po kolejnych
falach natarczywego dzwonienia, jednak stwierdził, że to raczej nie
pomyłka i odrzucając pościel na bok, z rozdrażnieniem wstał z
łóżka, wsuwając stopy w kapcie i zarzucając na siebie satynowy
szlafrok wiszący na oparciu fotela, stojącego zaraz przy wejściu
do sypialni. Zanim jednak opuścił swój azyl, odwrócił się i
upewnił się, że mężczyzna leżący w łóżku, nadal śpi. Spał.
-No
idę, idę – powiedział, gdy dzwonek ponownie rozbrzmiał w jego
mieszkaniu. Nie pytając nawet kto jest po drugiej stronie – co
zapewne Alexander uznałby za lekkomyślne i wysoce ryzykowne –
przycisnął guzik otwarcia i wpuszczając tym samym upierdliwego
gościa. Otworzył drzwi i czekał w drzwiach by przekonać się kto
śmiał nachodzić go o tak nieludzkiej porze, jaką była –
przechylił się tak, że jego głowa znalazła się w mieszkaniu i
spojrzał na wiszący na przeciwległej ścianie zegar – trzecia w
nocy. Okrył się szczelniej szlafrokiem, gdy powiew chłodnego
powietrza wdarły się pod poły jego wątpliwego odzienia, które
praktycznie nie dawało żadnego ciepła.
-Ty!
- Magnus podniósł głowę by spojrzec zirytowanym wzrokiem na
nocnego gościa i musiał przyznać, że spodziewał się tu każdego,
ale nie właśnie jego – To ty zmieniłeś mnie w szczura! -
nastolatek szedł w jego stronę. Włosy miał roszczochrane, na
nogach adidasy i spodnie od piżamy a górę zdobiła zimowa kurtka
spod, której wyłaniał się zwykły, zółty t-shirt. Cóż nie był
to idealny ubiór na mroźną, grudniową noc, ale raczej to nie był
najwiekszy problem. Nastolatek stał już przed nim z
zaczerwienionymi policzkami czy to od mrozu czy wściekłości, lub
oba naraz i celował wskazującym palcem w klatkę piersiową
czarownika, stukając w nią raz po raz.
-Alexandrze!
- zawołał najgłośniej jak tylko potrafił, wiedząc, że raczej
sam nie poradzi sobie z rozwścieczonym nastolatkiem, który jest do
tego rozchwiany emocjonalnie i czary mogłyby tylko pogorszyć
sprawę, a nie okłamujmy się Magnus nie lubił używać siły
fizycznej przeciwko innym – Alec!! - wrzasnął powtórnie i tym
razem usłyszał rumor, a po chwili z sypialni jak strzała wyskoczył
Alec. W ręce trzymał łuk i strzałę i był gotowy do ataku, ale
tak szybko jak się pojawił tak samo szybko wypuścił broń z ręki
wpatrując się w osobę, stojącą obok Magnusa.
-Na
Anioła, Simon.
Tadam!
Mam pierwszą część :) Nie wiem czy komuś się spodoba, ale jeśli
tak to super :) Nie będę się tu teraz rozpisywać ani nic bo to
raczej bez sensu :)
Pozdrawiam
;)
Buziole
;*