1 sierpnia 2018

| 1 | '...zmieniłeś mnie w szczura!'

'...naprawdę wierzysz, że to wszystko wydarzyło się przez przypadek? Że poznałaś go przez przypadek?'. Leżała na zamarzniętej ziemi i spoglądała w granatową połać, obsypaną milionami małych punkcików. Próbowała nie myśleć, nie wracać do tego, zapomnieć, ale słowa Jonathana boleśnie obijały się o ściany jej umysłu, torturując ją tym samym. 'Pomyśl Clary, pomyśl, zastanów się...', zamknęła oczy i poczuła jak łzy wypływają spod zamkniętych powiek. Potoczyły się po skroniach i wsiąknęły we włosy. Gula w gardle stała się nieznośnie bolesna, a oddech ciężki jakby ktoś położył na jej klatce piersiowej spory głaz, który odbierał jej dech. 'Poznałaś Clave siostro, wiesz, że nie ufają obcym, że nie robią nic bezinteresownie, więc zastanów się Clary...', zakryła dłonią usta nie chcąc wypuścić szlochuna zewnątrz '...pojawił się tak nagle z tą nieodłączną dwójką oferując pomoc i schronienie? Naprawdę uważasz, że narażaliby się na to wszystko dla całkiem obcej dziewczyny z czysto dobrotliwych pobudek?'. Uderzyła pięścią w zamarzniętą powierzchnię, ale nie poczuła bólu jaki rozszedł się po jej dłoni. To tak bardzo bolało. Zaufała, oddała tak naprawdę swoje życie pod ich... pod jego opiekę, a on... 'Wiesz, że mówię prawdę Clarisso, ten jeden jedyny raz mówię ci prawdę, ale jeśli mi nie wierzysz – a masz prawo to robić – to zapytaj jego, niech przysięgnie na Anioła, że to co mówię to stek kłamstw.' Nie przysiągł. Nie mógł bo to wszystko co mówił Jonathan to była prawda, okrutna, ale jednak prawda, która rozerwała jej nastoletnie serce na miliardy strzępków już nie do poskładania.
Usiadła i tym razem spojrzenie utkwiła w jeziorze przed sobą. Księżyc odbijał się od zamarzniętej tafli niczym jak w lustrze. Może właśnie to było jego lustro, w którym mógł się przeglądać? Możliwe. Ale Clary patrząc się na nie przypominała sobie, jak właśnie w takie mroźne zimy jak ta, śmigali z Simonem łyżwami po zamarzniętym jeziorze, doprowadzając jej matkę niejednokrotnie o zawał, nawet jeśli wcześniej Luke dokładnie sprawdził wytrzymałość lodu, to Jocelyn zawsze była o nich niespokojna i zapewne dorobiła się przez nich kilku siwych włosów.
Simon.
Na wspomnienie o przyjacielu, poczuła jakby jej poszarpane serce przecieła niewidzialna strzała. Nie pogodziła się z jego stratą i nigdy się nie pogodzi. Simon był z nią odkąd tylko sięgała pamięcią. Zawsze ją wspierał, często był jej głosem rozsądku i znał ją nawet lepiej niż jej własna matka, a teraz go nie ma. Nie ma i już nie będzie. Zdawała sobie sprawę, że jutro się obudzi i będzie chciała do niego zadzwonić, żeby umówić się z nim do Java Jones lub po prostu, żeby się przejść oświetlonym Time Square, które zapewne jak co roku wygląda pięknie, ale w chwili gdy chwyci za słuchawkę telefonu stacjonarnego dotrze do niej okrutna rzeczywistość i po raz kolejny odwiesi słuchawkę, płaczą skuli się pod ścianą, i tak spędzi kolejną godzinę. I tak już od dwóch tygodni. A za to wszystko winiła jego. Jace'a Herondale'a. To wszystko jego wina. To on odebrał jej wszystko.
Jej życie.
Jej serce.c
Jej całą niewinność.
Jej miłość.
Jej wiarę.
Jej siłę.
Jej przyjaciela.
Odebrał jej Simona.
On i jego świta odebrali jej to co miała najcenniejsze. Teraz wiedziała, rozumiała dlaczego matka chciała ja trzymać jak najdalej od tego świata. Od świata, który tylko niszczył i odbierał to co miało się najcenniejsze. To przez nich Simon jej nie pamięta. To oni wciągnęli go do tego przeklętego świata. Wiedzieli i z pełną świadomością wciągnęli go w to wszystko. Tego im nigdy nie wybaczy. Nie wybaczy im tego, że odebrali jej to co kochała najmocniej na świecie, że odebrali jej najważniejszą osobę w całym tym popapranym świecie. Przyjaciela. Brata wręcz. Nie wybaczy im tego, że oni mają siebie a ona została z niczym. Została praktycznie sama. Owszem ma mame i Luke'a, ale tej dziury po stracie Simona nie zasklepi nic ani nikt.
Zawyła jak zranione zwierzę i zaczęła uderzać zaciśniętą w pięść dłonią o twarde podłoże, ale nie czuła fizycznego bólu. Ten psychiczny wygrał i to z ogromną przewagą. Chciałaby przestać czuć cokolwiek. Choć na moment, na krótką chwilę, ale nie czuć nic, całkowicie się odłączyć od tego wszystkiego, od tego przejmującego bólu. Pragnęła nic nie czuć, ale czuła jak mroźne powietrze atakuje jej gardło niczym maleńkie igiełki, przy każdym spazmatycznym wdechu, a ryk bólu rani wręcz jej struny głosowe.
Nie zarejestrowała momentu, w którym Luke po nia wyszedł i kiedy biorąc ją na ręcę, zaniósł do domu. Ocknęła się dopiero w chwili gdy kładł ją na kanapie i okrywał puchatym kocem.

* * *

Jocelyn zaciskała dłonie na kancie kuchennego blatu, czekając, aż woda się zagotuje i wsłuchiwała się w dobiegający z salonu płacz córki. Chyba jeszcze nigdy nie czuła się tak bardzo bezradna, tak bardzo bezużyteczna wręcz. Doskonale wiedziała, że poza byciem przy córce nic więcej nie może, że Clary musi przejśc przez ten ból sama, że musi nauczyć się funkcjonować w tej nowej rzeczywistości jaka ją dopadła. W rzeczywistości bez Simona. W rzeczywistości, gdzie musi nauczyć się na nowo funkcjonować w pojedynkę, przyzwyczaić się do tego, że została sama, że zabrakło osoby, do której mogła zadzwonić o każdej porze dnia i nocy i ta osoba zawsze się pojawiła i ja wspierała, że gdy upadnie to musi wstać sama bo już zabrakło ramion, które by ja podniosły, otrzepały i pchnęły do przodu, krocząc tuż za nią. Jocelyn doskonale wiedziała, że nie jest to łatwe, ale nie, nie dozrobienia. Potrzeba tylko czasu, a czas przyzwyczaja nas do wszystkiego, nawet do najokropniejszego bólu. O nie ból nie mija nigdy, ale czas sprawia, że się do niego przyzwyczajamy, godzimy się z nim i po prostu zaczynamy z nim żyć u swojego boku. I tego właśnie potrzebowała jej córka. Czasu.
Przy kolejnym szlochu córki, Jocelyn poczuła jak gniew wypełnia ją całą. Była wściekła na Clave. Na Lightwood'ów a przede wszystkim na tego blondyna Herondale'ów. Na niego zwłaszcza była wściekła bo poza rozpaczą za Simonem, to właśnie on był największym cierpieniem jej córki, i choćby nie wiadomo jak bardzo chciała trzymać go zdala od Clary, to doskonale wiedziała, że jej córka musi to rozwiazać sama. To jej życie a Jocelyn już wystarczająco jej w nim namieszała, nawet jeśli chciała ja tylko chronić, ale bardziej już mieszać w jej życiu nie chciała. Clary jest już na tyle dorosła, że ma prawo podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy, a Jocelyn może tylko stac przy jej boku i ja wspierać. Cokolwiek jej córka zdecyduje. Aczkolwiek zabroniła blondynowi tu przychodzić dopóty dopóki Clary sama nie zechce go widzieć, ale jak się okazało młody Herondale miał więcej po ojcu niż się spodziewała, i codziennie od dwóch tygodni zjawiał się pod drzwiami domu Luke'a domagając się widzenia z Clary doprowadzając tym samym kobietę do frustracji.
Zgasiła palnik i zalała kubek wrzątkiem, uwalniając tym samym paletę różnorakich zapachów ziół, które dał jej Magnus a, które miały pomóc Clary przesypiać choć kilka godzin dziennie. Przechodziła właśnie przez próg salonu, gdy rozbrzmiał dźwięk telefonu stacjonarnego. Jocelyn podała kubek narzeczonemu a sama podeszła do aparatu, aby go odebrać. I nie ważne, że zbliżała się godzina czwarta nad ranem i była to dziwna pora na rozmowy telefoniczne.
-Halo?

* * *

Magnus Bane starał się być tolerancyjny i wyrozumiały w wielu kwestiach, ale jeśli chodziło o budzenie go w środku nocy, bez konkretnego powodu, to jego tolerancja wraz z wyrozumiałością odchodziły w zapomnienie. Upierdliwy dźwięk dzwonka skutecznie ściągał sen z powiek czarownika, doprowadzając go jednocześnie do szewskiej pasji. Miał nadzieję, że ktoś po prostu się pomylił i wcisnął przez przypadek guzik domofonu przy jego nazwisku, ale po kolejnych falach natarczywego dzwonienia, jednak stwierdził, że to raczej nie pomyłka i odrzucając pościel na bok, z rozdrażnieniem wstał z łóżka, wsuwając stopy w kapcie i zarzucając na siebie satynowy szlafrok wiszący na oparciu fotela, stojącego zaraz przy wejściu do sypialni. Zanim jednak opuścił swój azyl, odwrócił się i upewnił się, że mężczyzna leżący w łóżku, nadal śpi. Spał.
-No idę, idę – powiedział, gdy dzwonek ponownie rozbrzmiał w jego mieszkaniu. Nie pytając nawet kto jest po drugiej stronie – co zapewne Alexander uznałby za lekkomyślne i wysoce ryzykowne – przycisnął guzik otwarcia i wpuszczając tym samym upierdliwego gościa. Otworzył drzwi i czekał w drzwiach by przekonać się kto śmiał nachodzić go o tak nieludzkiej porze, jaką była – przechylił się tak, że jego głowa znalazła się w mieszkaniu i spojrzał na wiszący na przeciwległej ścianie zegar – trzecia w nocy. Okrył się szczelniej szlafrokiem, gdy powiew chłodnego powietrza wdarły się pod poły jego wątpliwego odzienia, które praktycznie nie dawało żadnego ciepła.
-Ty! - Magnus podniósł głowę by spojrzec zirytowanym wzrokiem na nocnego gościa i musiał przyznać, że spodziewał się tu każdego, ale nie właśnie jego – To ty zmieniłeś mnie w szczura! - nastolatek szedł w jego stronę. Włosy miał roszczochrane, na nogach adidasy i spodnie od piżamy a górę zdobiła zimowa kurtka spod, której wyłaniał się zwykły, zółty t-shirt. Cóż nie był to idealny ubiór na mroźną, grudniową noc, ale raczej to nie był najwiekszy problem. Nastolatek stał już przed nim z zaczerwienionymi policzkami czy to od mrozu czy wściekłości, lub oba naraz i celował wskazującym palcem w klatkę piersiową czarownika, stukając w nią raz po raz.
-Alexandrze! - zawołał najgłośniej jak tylko potrafił, wiedząc, że raczej sam nie poradzi sobie z rozwścieczonym nastolatkiem, który jest do tego rozchwiany emocjonalnie i czary mogłyby tylko pogorszyć sprawę, a nie okłamujmy się Magnus nie lubił używać siły fizycznej przeciwko innym – Alec!! - wrzasnął powtórnie i tym razem usłyszał rumor, a po chwili z sypialni jak strzała wyskoczył Alec. W ręce trzymał łuk i strzałę i był gotowy do ataku, ale tak szybko jak się pojawił tak samo szybko wypuścił broń z ręki wpatrując się w osobę, stojącą obok Magnusa.
-Na Anioła, Simon.


Tadam! Mam pierwszą część :) Nie wiem czy komuś się spodoba, ale jeśli tak to super :) Nie będę się tu teraz rozpisywać ani nic bo to raczej bez sensu :)
Pozdrawiam ;)
Buziole ;*